Strona główna

Chcę tam zostać i zawsze z Myszką być---> Radawa....Zakopane


Ostatnie trzy miesiące przyniosły mi wiele wrażeń. Obudziły we mnie wiele nowych uczuć, otworzyły mi na niektóre rzeczy umysł, serce. Sprawiły, że obce dotąd mi sytuacje stały się bliskie. Każdy wschód słońca budził mnie ze snu inną, bardziej otwartą na nowe nie odkryte dotąd przez mnie doświadczenia. Pierwsze dwa tygodnie sierpnia spędziłam w Radawie. Radawa jest dla mnie oazą spokoju, miejscem które potrafi uśpić moje zmysły.. które potrafi sprawić, że zapomnę o wszystkim i wszystkich. Nie wyobrażam sobie żadnych wakacji bez Radawy.
Kolejnym przystankiem moich wakacji było Zakopane. Nigdy wcześniej nie byłam w górach, więc nie mogłam się doczekać kiedy będziemy na miejscu. Z utęsknieniem marzyłam aby po ciężkiej podróży móc rozluźnić swoje mięśnie pod gorącym strumieniem wody i przytulić swą główkę do mojej kochanej Myszki. Moje marzenia w jednej sekundzie prysły niczym bańka mydlana. W Nowym Targu 10 km. przed Zakopanym Misiu dostaje smsa takiej treści „ Przykro nam, że państwa zawiedliśmy ale niestety nie przyjedziemy po was na dworzec, gdyż goście przedłużyli pobyt i nie mamy w tej chwili żadnych wolnych pokoi. Na stacji jest dużo wolnych ofert, jednak jeślibyście mieli problemy z znalezieniem noclegu to proszę dzwonić. Jeszcze raz przepraszamy.” Jak to przeczytałam to nogi ugięły mi się w kolanach, twarz przekręciła mi się o 180 stopni. Z uśmiechu zmieniła się w gradową burzę, w czasie której najmniejszy podmuch wiatru mógłby spowodować prawdziwą katastrofę. Po wyjściu z autokaru z dwoma ciężkimi walizkami usiadłam na ławce koło jakiegoś lokalu, a Misiu w tym czasie zaczął szukać noclegu. Ja również nie próżnowałam i nie marnując cennego czasu zagadałam do dwóch kobiet siedzących koło mnie na ławce. Panie ze Świnoujścia okazały się bardzo miłe i doradziły nam niezły nocleg za dosłownie grosze. I tak to całkiem przypadkiem wylądowaliśmy w niezłej chawirce za pół darmo. Jak to mówią nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Mieliśmy balkon z widokiem na Tatry, czyściutką łazienkę, nio i telewizor w pokoju… jednym słowem wypas. Codziennie rano Misiu wstawał wcześniej, chodził do sklepu po pieczywo i robił mi i oczywiście sobie kawusię. W dniu przyjazdu niestety nie byliśmy już w stanie nigdzie iść .. ale za to na drugi dzień odrobiliśmy straty i wybraliśmy się na Krupówki. Tysiące sklepów i sklepików od razu przyciągnęły moją uwagę. Biedny Misiu przyglądał się z bliska ze zdziwieniem temu co robię , nie mógł zrozumieć co mnie w tym tak bardzo interesuje! Przecież wszędzie jest to samo.. i to samo. Oj zazdrośnik mały :P Zmęczony ciągłą gonitwą za mną zaproponował kolację w góralskiej chacie. Oczywiście nie odmówiłam … chociaż w cale nie byłam głodna. Misiu zamówił rybkę, a ja tak siedziałam i siedziałam i sama nie wiedziałam na co mam ochotę. W końcu zażyczyłam sobie gorącą herbatkę z rumem, Myszka tak na mnie popatrzyła i wzięła sobie też herbatkę ale z wiśniówką. Od razu zrobiło nam się lżej na żołądku i jakoś tak weselej. Tak zakończył się dzień drugi naszej podróży i rozpoczął trzeci. Rano słoneczko wyszło chwileczkę z pod ciemnej chmurki i się do nas uśmiechnęło. Razem z Miśkiem pomyśleliśmy, że to idealny dzień na dłuższą wędrówkę. Całkiem przypadkiem znaleźliśmy się na Krupówkach , a później na Gubałówce. Nie ma jak czarny szlak na dzień dobry. Cała zdyszana ledwo co wdrapałam się na górę, nogi ślizgały mi się na mokrej glinie gdzie niegdzie przykrytej kamyczkami. Misiu co sekundę trzaskał zdjęcia , mój sztuczny uśmiech numer. „24” najlepiej obrazował moje samopoczucie. Bałam się, że upadnę , poślizgnę, wybrudzę swojej ubranie a co najgorsze zrobię sobie krzywdę. Kiedy byliśmy już ku szczytowi deszcz zaczął lać strumieniami. Zrobiło się zimno, groźno i niebezpiecznie. Prawdopodobieństwo upadku narastało. Chłodny wiatr uświadamiał nam jak bardzo jesteśmy bezradni, wobec takiego żywiołu jakim jest przyroda. Dotarliśmy na samą górę, jednak nie wiele zobaczyliśmy. Mgła przesłoniła cały widok. Nasze myśl były już na dole, bezpiecznie otoczone ludźmi. Spokojnie, powolutku, krok po kroczku szybko spełniliśmy swoje marzenia i po drodze zahaczyliśmy jeszcze o pizzerię(pizza hut - ohyda, nikomu nie polecam, blee).
Kolejnym celem naszej wycieczki było Morskie Oko. Poranny pocałunek Myszki szybko postawił mnie na nogi. W ekspresowym tempie się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanko ,jednym słowem byłam gotowa stawić czoło 20 kilosom. Na miejscu, musieliśmy wykupić bilety za wstęp na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego. Rozmiar kolejki troszczę mnie przeraził, ale szybko wplątałam się w tłum i zaoszczędziłam trochę czasu. Razem z Misiem 20km. to dla mnie pryszcz. W takim towarzystwie mogłabym nawet przejść 50km. Ani chwilkę nie poczułam się zmęczona, znużona, wręcz przeciwnie tryskałam energią nie mogąc się nacieszyć tym co widzę. Tatrzańska przyroda potrafi zadziwić swoim urokiem. Góry, las, szumiący strumyczek pozwala człowiekowi wzbić się w powietrze i odpłynąć w niezwykłym klimacie. Nie na darmo tyle ludzi przewija się tam codziennie. Można spotkać tam nie tylko naszych rodaków, ale i również inne narodowości. Nie tylko młodych, zwinnych ludzi, ale i również starców. Kiedy byliśmy na miejscu, Morskie Oko olśniło mnie swym kolorem, niesamowitą aurą. Tysiące osób zaślepionych jego pięknem stało nieruchomo wpatrzone w nie jak w obraz. Jego chłód (jest lodowate) rozświetlało słonko, które z uporem przedzierało się przez góry. Zatopiliśmy w jego głębi kilka groszy i marzymy o tym aby jeszcze kiedyś tam powrócić. To co widziałam dzięki Myszce na zawsze pozostanie w mojej pamięci. W tym miejscu można się zakochać. Jego nie da się opisać jednym słowem. Tam można spotkać wszystko( nawet wodospad, śnieg) i tak samo głęboko przeżyć to w środku.
Następnym przystankiem naszej wycieczki był Kasprowy Wierch. W tym dniu wstaliśmy z Misiem wyjątkowo wcześnie, chcieliśmy przechytrzyć ludzi by zająć jak najszybciej kolejkę na sam szczyt góry. Jednak nasze plany się nie powiodły. Spóźniliśmy się o dobrą chwilkę. Misiu załamał się widząc tylu ludzi. Wiedział, że jeśli sami wejdziemy pod tą górę to nie będziemy mieli siły na dłuższą wyprawę , a to co możemy jeszcze zobaczyć jest naprawdę fascynujące i obiecujące. Nie powiem jak to zrobiłam ale ucięłam kolejkę o dobre 3 godz. Skarbek był bardzo ze mnie dumny. Ja również nie ukrywałam swojej radości, gdyż na Kasprowym byliśmy o godz. 10:30, a to już jest pewien sukces. Kiedy wsiadłam do kolejki linowej ogarnęło mnie przerażenie. Unieśliśmy się wysoko w powietrze, wiliśmy się z jednej strony na drugą, wszystko zrobiło się takie malutkie, a my tacy bezbronni. Przystanek na szczycie wzbudził we mnie strach, którego nie potrafiłam opanować. Zapomniałam Myszkę uprzedzić, że mam lęk wysokości. Nogi trzęsły mi się z przerażenia, głos dygotał z zimna. Mój Kochany Skarbek pomógł mi się pozbierać i oswoić z sytuacją. Na dobry początek postanowił mnie rozgrzać i postawił mi gorącą czekoladę. Była ona naprawdę wypaśna i choć na chwilkę zmniejszyła klekotanie mojego serduszka. W tym czasie Adaś rozłożył mapę i obmyślił plan naszej wycieczki. Kiedy na nią spojrzałam, pomyślałam iż to może być bardzo interesująca wyprawa o dość łatwym stopniu trudności. Pierwsze moje kroki nie wskazywały na sukces. Byłam przerażona, bałam się wysokości, że upadnę i będzie po mnie. Misiu cały czas trzymał mnie za rękę i dodawał mi otuchy. Po pewnym czasie oswoiłam się z tym wszystkim i sama śmiało stawiałam kroki, aż do momentu w którym zobaczyłam epikę trzymającą na barkach kobietę po jakimś wypadku. „ I od nowa Polska ludowa” każdy kolejny krok wydawał mi się trudniejszy. Myszka jeszcze wychylała się jak najbardziej tylko mogła by zrobić zdjęcia. Na mapie ta trasa wydawała się taka króciutka, jednak w rzeczywistości ciągła się ona i ciągła. Kondratowa Kopa, która mierzyła 2005m.n.p.m wydawała mi się najtrudniejszym elementem naszej wędrówki. Kiedy stanęłam na jej szczycie byłam z siebie dumna, gdyż to była największa góra na jakiej stanęła moja stopa. Jednak jak się później okazało to był malutki drobiazg w porównaniu do tego co było jeszcze przed nami. Podążyliśmy dalej , wiatr był coraz silniejszy, temperatura wyraźnie spadała, robiło się coraz ciemniej. Chcieliśmy zdobyć Giewont. Kiedy znaleźliśmy się u podnóża tej góry, mieliśmy chwilkę wahania czy jest sens jeszcze tam wchodzić. Wydawała nam się ona taka malutka, pryszcz w porównaniu do tego co było za nami. Po krótkiej naradzie , podjęliśmy decyzję i wyszliśmy jej naprzeciw. Po drodze spotkaliśmy starszego mężczyznę, który ostrzegł nas iż jeszcze 2 godz. drogi a robi się coraz ciemniej i może być niebezpiecznie. Jego słowa wydały nam się niepoważne. Friu.. pomyśleliśmy może dla tego pana to jest 2 godz. ale nie dla nas przecież idziemy już z 20 min. i jesteśmy prawie na szczycie. Zlekceważyliśmy te słowa i poszliśmy dalej. Wiatr był coraz silniejszy, poczułam się taka bezbronna. Strach przed upadkiem narastał we mnie coraz bardziej. Góra była podzielona na dwie ścieżki. Jedną do wchodzenia, drugą do schodzenia. Kiedy moja stopa stanęła na jej torze, nie było już powrotu. To co zobaczyłam później całkowicie zmieniło moje nastawienie. Ledwo co dawałam sobie radę na śliskich kamyczkach z opiekuńczą ręką Myszki, a teraz zupełnie sama musiałam podjąć ryzyko wspinaczki po łańcuchach. Nie mogłam wdrapać się na pierwszy łańcuch. Niepokój dawał mi się we znaki, nie potrafiłam realnie ocenić sytuacji. Misiek próbował mi pomóc wdrapać się na łańcuch, moje ręce zrobiły się mokre z przerażenia , nogi ślizgały mi się po skale nie dawałam sobie rady. Jakiś obcy chłopak popchał mnie z tyłu i dzięki jego pomocy pokonałam tą pierwszą przeszkodą. Mimo to było coraz gorzej. Z minuty na minutę bałam się coraz bardziej. Sama musiałam sobie z tym poradzić, gdyż obydwoje musieliśmy trzymać się łańcucha dwoma rękami. W innym przypadku mogłoby się to skończyć dla nas tragicznie. Pot oblał mi ręce, twarz owiewał chłodny i groźny wiatr, łańcuch przesuwał się z jednej strony na drugą. Bałam się, że za bardzo się odchyli a z nim polecę ja. Kiedy Misiu robił zdjęcie złapałam się skały jak najsilniej mogłam i nie wytrzymałam, twarz ze strachu oblała mi się łzami. W tej krótkiej chwili całe życie stanęło mi przed oczami. Pomyślałam o moich rodzicach, o Myszce, o tym, że to może być ostatnia nasza chwila spędzona razem. W tamtym momęcie nie ważne było dla mnie to czy cię ubrudzę, czy zadrapię , omotam ręce w łańcuch i całe zacharaczę. Liczyło się tylko życie. Nigdy czegoś takiego nie poczułam wcześniej. Nigdy się tak bardzo nie bałam o własne życie. Misiu również się bał i tak samo trzęsły się mu nogi i ręce, tak samo to przeżył. Kiedy doszliśmy na szam szczyt przytuliliśmy się do siebie bardzo mocno i po raz drugi się rozpłakaliśmy. Myszka chciał mi jeszcze zrobić zdjęcie pod samym krzyżem, nie zgodziłam się i zrezygnowałam z tego strachu. Z powrotem schodziliśmy z góry z grupą. Kobieta i pewien Koreańczyk bardzo nam pomogli, podpowiadali mi w kórym miejscu lepiej schodzić tyłem, a w którym zjeżdżać na tyłku przodem. Można powiedzieć, że ich życzliwość ocaliła nam życie. Giewont był wyzwaniem mojego życia. Pozwolił mi pokonać samą siebie, uodpornił mnie wewnętrznie i stał się przygodą wielu mych snów. O godz. 18 ruszyliśmy w drogę powrotną. Para osadziła się na górach, na przełęczy widać było zachodzące słoneczko. Byliśmy z siebie bardzo dumni. O mały włos nie podarzyliśmy przez szlak na którym urzęduje niedźwiedzica z młodymi, to dopiero mielibyśmy przygodę. Atmosfera na szlakach jest cudowna każdy do każdego mówi cześć, dzień dobry rozmawia o wszystkim. Przy okazji można się tam dowiedzieć dużo interesujących rzeczy dot. noclegów, restauracji, czy innych ciekawych miejsc wartych obejrzenia.
Podsumowując: Zakopane i Tatry zapewniły mi wiele wrażeń. Przeżyłam tam bardzo dużo pięknych i fascynujących chwil z moim kochanym Skarbeńkiem. Cieszę się że dane było nam to wspólnie zobaczyć. To co widzieliśmy na zawsze pozostanie w naszych serduszkach. Jedno jest pewne następnym razem jak z Misiem pojedziemy to kupujemy porządne trapery, wtedy to Giewont nie będzie dla nas taki straszny;) żartuję przyrzekliśmy sobie, że już nasza noga na jego szczycie nie stanie. Było cudownie:* dziękuję Ci Kochanie:*:*:*

by agi-perelka | 2004-09-21 09:45:33 | skomentuj! (2)